Zakaz hodowli zwierząt futerkowych w Polsce spowoduje, że część hodowli przeniesie się do Skandynawii. A produkcję z naszych farm przejmą kraje, w których nie obowiązują żadne normy hodowlane.

- Jak długo ludzie jedzą mięso i noszą skórę, nie będę rozumiał dlaczego mam nie używać futer – stwierdził światowy projektant Karl Lagerfeld promując jedną ze swoich kolekcji. – To bardzo proste powiedzieć żadnych futer, ale to jest biznes. (…). Kocham naturalne futra. Obrońcy praw zwierząt są zakłamani – dodał, za co spotkał się z bardzo ostrą krytyką ekologów. Jak to przyjął? Zamierza nadal projektować kolekcje futer dla domu mody Fenki.
Podobnego zdania są oczywiście hodowcy, zdaniem których dopóki jest popyt, dopóty będzie zapotrzebowanie na skóry – czy to hodowane w Polsce, czy też innych krajach – należy rozwijać hodowle, zapewniać odpowiednie standardy i dostarczać na światowe rynki towar zgodny z oczekiwaniami klientów.
Dziś znane na świecie domy mody bardzo chętnie kupują polskie skóry. Ale ten biznes szybko może się skończyć, bo w parlamencie trwają prace nad zakazem hodowli zwierząt futerkowych w Polsce. Skutki?
Pracę może stracić kilkadziesiąt tysięcy osób, a nasze kontrakty przejmą firmy z takich krajów jak: Rosja, Dania, Finlandia i Chiny.
I to te kraje stałyby się największymi beneficjentami likwidacji branży futerkowej w naszym kraju.
mogłyby Polska produkuje ok. 10 mln skór norek rocznie, 80 tys. szynszyli, 50 tys. skór lisów i 10 tys. jenotów. Wartość polskiego eksportu wszystkich skór zwierzęcych (skóry wyprawione i niewyprawione) to 2,4 mld zł, z czego 1,3 mld zł to eksport surowych i wyprawionych skór futerkowych. Co ważne- branża w 98 % należy wyłącznie do kapitału polskiego.
Jednakże, jak twierdzi dla portalu swiatrolnika.info prof. Wojciech Pisula z Instytutu Psychologii PAN, na którego autorytet powołują się organizacje społeczne "są zajęcia, na których nie godzi się robić pieniędzy. To, że jest rynek, nie oznacza, że powinniśmy na nim zarabiać" – tłumaczył.

Na wschodzie nie ma żadnych norm
Ograniczanie hodowli zwierząt futerkowych w Polsce spowoduje wzrost liczby podobnych hodowli także w bogatych krajach skandynawskich.
- W dobrej kondycji i nadal dobrym punkcie rozwojowym znajdują się Finowie. Są też państwa wschodnie np. Ukraina, ale także Rosja, która jest szczególnym przypadkiem. Od czasów wprowadzenia embarga na artykuły rolno-spożywcze z Polski, Rosjanie zaczęli rozwijać u siebie na masową skalę hodowle drobiu – wyjaśnia Daniel Żurek, dyrektor zarządzający z firmy Futrex, wytwarzającej karmę dla zwierząt mięsożernych. – Norki amerykańskie, których w Polsce hoduje się najwięcej, żywią się specjalnie przetworzoną paszą produkowaną z pozostałości po produkcji drobiu i pochodzącą z przetwórstwa rybnego. Rosjanie zrozumieli, że nie warto prowadzić przemysłowej utylizacji odpadów poubojowych – czyli po prostu szkodliwego dla środowiska ich spalania – skoro można stworzyć hodowle utylizujące te odpady w naturalny sposób. I tak zaczęła rozwijać się tam również branża futrzarska – wyjaśnia i przyznaje, że hodowlom na wschodzie daleko do europejskich standardów.
Podobnie dzieje się w Chinach. Tam także nie są respektowane jakiekolwiek przepisy dotyczące dobrostanu zwierząt hodowlanych. Warto zauważyć, że to mocno rozwijający się rynek. Już w roku 2012 łączna wartość produkcji skór zwierząt futerkowych wyniosła tam ponad 2 mld euro, co stanowiło niemal 37 proc. produkcji globalnej i 80 proc. w stosunku do produkcji europejskiej.

Jeśli nie w Polsce, to gdzie?
- Na likwidacji branży futrzarskiej w Polsce zyskaliby także Niemcy. Co prawda nie ma tam wielu hodowli, ale rewelacyjnie funkcjonują firmy zajmujące się przemysłową utylizacją odpadów – przekonuje Żurek. – To bardzo ekspansywne przedsiębiorstwa, które obsługują w zasadzie wszystkie ościenne kraje, choć w tym momencie Polskę tylko w niewielkim stopniu. Gdyby nie było zwierząt futerkowych, wszelkie odpady poubojowe, których mamy w Polsce około 700 tys. ton rocznie, musiałyby zostać spalone (dane Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi z 2015 roku). Problem w tym, że Polska w zasadzie nie ma swoich spalarni, a koszt utylizacji tych odpadów to ok. pół miliarda złotych rocznie. Obecnie zarabiają na tym nasi producenci drobiu i ryb, odsprzedając odpady hodowcom zwierząt futerkowych – wyjaśnia.
Gdyby więc hodowle zniknęły, polscy drobiarze musieliby płacić de facto niemieckim firmom za likwidację poubojowych odpadów.
- Niestety obrońcy praw zwierząt nie przyjmują żadnych argumentów. Tu nie ma rozważania kwestii – czy będzie zakaz hodowli czy nie będzie. Tu jest dyskusja od kiedy go nie będzie – mówi dr n. wet. Tadeusz Jakubowski z Kliniki Wolica, Katedra Chorób Dużych Zwierząt.
Potwierdza to także Daniel Chmielewski – prezes Polski Związek Hodowców zwierząt futerkowych. – Moim zdaniem część polskich hodowców zdecyduje się przenieść swoją hodowlę do innych krajów. Czy zależy im na tym, by zasilać budżet innych państw, a nie Polski? Nie, ale pewnie będą do tego zmuszeni, bo na rozpoczęcie inwestycji młodzi rolnicy wzięli wielomilionowe kredyty, które muszą spłacić – podkreśla.
- Część przeniesie swoje hodowle do Hiszpanii czy Grecji, które zwracają nawet większość kosztów inwestycji związanych z budową ferm zwierząt futerkowych. Tę branżę chętnie wspierają też Duńczycy, Finowie czy Norwegowie – dodaje Chmielewski.