Hodowcom norek zależy na zwierzętach, podobnie jak ich obrońcom. Im lepsza jakość prowadzonej hodowli, tym lepsza jakość futra, które jest produktem finalnym w tej branży.

Agnieszka Nowak: Polskie fermy futerkowe są jednymi z najnowocześniejszych w Europie. Tymczasem jedna z organizacji ekologicznych przedstawia dramatyczny raport na temat warunków w jakich żyją zwierzęta – zbyt małe klatki, chore i pokaleczone norki. To jak jest? Nowocześnie? Czy źle?
Szczepan Wójcik, hodowca, prezes Instytutu Gospodarki Rolnej i Fundacji Wsparcie Rolnika – Ziemia Polska: W zasadzie każdą z tez postawionych w tym pseudoraporcie da się bez trudu obalić. Wystarczy zrozumieć prostą zależność – im lepsza jakość prowadzonej hodowli, tym lepsza jakość futra, które jest produktem finalnym. Jakość skór przekłada się bezpośrednio na ich cenę, więc hodowcom – pozostawiając z boku oczywisty aspekt humanitarny – nie opłaca się utrzymywać zwierząt w złych warunkach. Nie dość wspomnieć, że Polska zajmuje drugie miejsce w Europie i trzecie na świecie pod względem liczby produkowanych skór, ustępując tylko Danii i Chinom, ale przoduje jednocześnie w ich jakości. Polscy hodowcy zawojowali wszelkie światowe aukcje, na których nasze skóry osiągają najwyższe ceny – te sukcesy nie biorą się znikąd. Są najzwyczajniej wypadkową wielkich nakładów pracy, profesjonalizmu, doświadczenia oraz niespotykanie restrykcyjnego prawa wynikającego zarówno z przepisów krajowych, unijnych, jak i dodatkowych obostrzeń dobrowolnie nakładanych na siebie przez hodowców. Polskie hodowle zwierząt futerkowych mogą – i powinny – stanowić wzór dla wszelkich ferm na świecie. Wracając jednak do kwestii wspomnianego "raportu", wystarczy wspomnieć, że wiele zdjęć pokazujących rzekomo złe warunki panujące na polskich fermach pochodzi z chińskich hodowli oraz z materiałów dydaktycznych dla studentów przygotowanych przez jednego z profesorów warszawskiej uczelni wyższej i prezentujących choroby zwierząt. Zdaje się, że w tej ostatniej sprawie toczy się obecnie postępowanie sądowe.

Producenci policzyli, że branża daje zatrudnienie ok. 50 tys. ludzi. Organizacje ekologiczne twierdzą, że to bardzo mocno zawyżona liczba.
Przynajmniej 50 tys. osób. W sierpniu tego roku Instytut Inicjatyw Gospodarczych i Konsumenckich przeprowadził badanie, z którego jasno wynika, że na fermach zwierząt futerkowych zatrudnionych jest, w sposób bezpośredni, ponad 13 tys. osób. Do tego dodać należy stolarzy, przedstawicieli branż budowlanej, transportowej, handlowej, kuśnierzy, weterynarzy, handlowców, logistyków, producentów pasz, hodowców drobiu i innych przedstawicieli branż kooperujących, których liczba waha się między 40 a 50 tys. To łącznie daje liczbę niemal 60 tys. osób czerpiących korzyści z funkcjonowania w Polsce hodowli zwierząt futerkowych i co ważne, prawie 98 % ferm futerkowych w Polsce należy wyłącznie do kapitału polskiego. Jeżeli ktoś neguje te cyfry, nie rozumie ekonomii. Posłużmy się prostym przykładem – jeżeli ktoś dąży do likwidacji firm produkujących obuwie, zniszczy także wytwórców sznurowadeł, szafek do butów czy środków pielęgnacyjnych do obuwia. Ekonomia produkcji to system naczyń połączonych, który w przypadku branży futrzarskiej jest znacznie bardziej rozbudowany niż w przytoczonym przykładzie.

Czy hodowla zwierząt futerkowych jest zagrożeniem dla środowiska i ludzi?
W Polsce rocznie kontroluje się średnio około 3 proc. gospodarstw utrzymujących zwierzęta – w przypadku hodowli zwierząt futerkowych współczynnik ten wynosi 97-98 proc. rok do roku. Fermy podlegają kontroli Powiatowych Inspektoratów Weterynarii, Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska, Powiatowej Inspekcji Sanitarnej czy Państwowej Inspekcji Pracy – te organy można by mnożyć. Przepisy regulujące prowadzenie hodowli w praktyce uniemożliwiają jakiekolwiek nieprawidłowości. Ale przyjrzyjmy się bliżej temu, czego dotyczy pytanie – zapachu. Po pierwsze hodowcy mają obowiązek stosowania odpowiednich preparatów znacznie ograniczających potencjalne uciążliwości zapachowe. Po drugie, Ministerstwo Środowiska pracuje obecnie nad dodatkowym rozwiązaniem prawnym w postaci tzw. ustawy antyodorowej. Jeśli mówimy natomiast o ucieczkach, cóż – każda ucieczka to strata dla hodowcy, wobec czego producenci skór dokładają wszelkich starań, aby takowe uniemożliwić. Fermy otoczone są 3-metrowymi ogrodzeniami wkopanymi w ziemię i wykonanymi z tworzywa, które uniemożliwia zwierzętom ich pokonanie. W ich pobliżu instalowane są pułapki żywołowne, które muszą być regularnie sprawdzane. Większość ferm jest monitorowana, choć nie ma takiego prawnego obowiązku, ale jak wspomniałem – to jest po prostu w interesie hodowców. Jest jeszcze inna kwestia. Norki hodowlane znacznie różnią się od swoich dzikich krewnych i zatraciły wiele pierwotnych instynktów, wobec czego, jak wynika z wieloletnich badań naukowych, przyzwyczajone od pokoleń do warunków fermowych, rzadko dożywają drugiego miesiąca poza gospodarstwem.

Największe skupisko ferm znajduje się w województwie wielkopolskim, zachodniopomorskim, pomorskim i podkarpackim. Dlaczego właśnie tam?
Panują tam dobre warunki infrastrukturalne. Także duże przestrzenie zapewniają pewien komfort prowadzenia hodowli. Te województwa, ze szczególnym uwzględnieniem Pomorza Zachodniego oraz Wielkopolski, wykształciły także cały system branż kooperujących z hodowcami. To znaczne ułatwienie i jednocześnie coś, co przyciąga inwestorów. Mało tego. Prawie 98% ferm zwierząt futerkowych należy wyłącznie do kapitału polskiego, a więc jest to jedna z najbardziej spolonizowanych gałęzi polskiej gospodarki.

Zabijanie i etyka – czy można to połączyć?
Hodowla zwierząt futerkowych niczym nie różni się od hodowli świń czy drobiu. Mało tego, nie znam drugiej branży, w której kwestia uśmiercania zwierząt odbywałaby się w tak humanitarny sposób. Nie popadajmy w obłęd. Ludzie od zawsze korzystali z tego, co daje im natura. Większość społeczeństwa spożywa mięso, pije mleko, je jajka.

Jakie znaczenie dla gospodarki mają fermy zwierząt futerkowych? Co się stanie, gdy parlament zakaże ich hodowli?
Około 60 tys. miejsc pracy, prawie 2 mld zł wartości eksportu w skali roku, składki do budżetu państwa i budżetów samorządów terytorialnych, 1,3 mld zł wartości dodanej dla gospodarki krajowej, 100 proc. eksport – te liczby mówią same za siebie. Co się stanie, gdyby hodowle zniknęły z rolniczej mapy Polski? Nasz polski od stu lat biznes przejmą inne państwa, tysiące trafią na bruk, rząd będzie musiał wypłacić wielomilionowe, jeżeli nie wielomiliardowe odszkodowania. Walka z branżą futrzarską to, mówiąc zupełnie wprost, działanie na szkodę polskiej gospodarki.

Czy zakaz hodowli to jedyna i ostateczna forma rozwiązania problemu? Czy nie można wypracować rozwiązań, które zadowolą producentów, urzędników rząd, a nawet ekologów?
Nie wiem, czy kompromis jest możliwy. My wprowadzamy szereg praktyk, znacznie wykraczających poza ramy prawne ustalone na poziomie krajowym i wynikające z przepisów prawa Unii Europejskiej. Obecnie Polski Związek Hodowców i Producentów Zwierząt Futerkowych i Polski Związek Hodowców Zwierząt Futerkowych prowadzą wewnętrzne audyty mające na celu ustawiczne podnoszenie standardów hodowli. W podobnym celu rolnicy wprowadzili dokument nazwany "Kodeksem Dobrym Praktyk", który stanowi zbiór zasad, którymi muszą kierować się producenci skór zwierząt futerkowych. Wielkim krokiem naprzód jest także wdrażanie w Polsce systemu certyfikacji WelFur. To najbardziej wymagający system certyfikacji ferm na świecie. Gospodarstwa, które nie spełnią wymogów kontrolowanych przez niezależnych naukowców, nie będą uczestniczyły w aukcjach skór, wobec czego czeka je likwidacja. WelFur to poważany certyfikat, który zapewnia eliminację wszelkich potencjalnych nieprawidłowości. Już w 2020 roku na światowych rynkach dostępne będą wyłącznie skóry pochodzące z certyfikowanych ferm.

Co zrobią hodowcy, gdy Parlamentarny Zespół Przyjaciół Zwierząt przeforsuje ustawę o zakazie hodowli zwierząt futerkowych?
Zdecydowana większość po prostu upadnie, tonąc w długach, które spłacać będą też kolejne pokolenia ich rodzin. Część przeniesie swoje hodowle do Hiszpanii czy Grecji, które zwracają nawet większość kosztów inwestycji związanych z budową ferm zwierząt futerkowych. Te branże wspierają też Duńczycy, Finowie czy Norwegowie, bo widzą w niej potencjał.
Oczywiście część produkcji przejmą po nas Rosjanie i Chińczycy. Nie muszę wspominać, że tym hodowlom daleko do europejskich standardów.