Fermy zwierząt futerkowych pojawiły się tam, gdzie zlikwidowano PGR-y, firmy przetwórstwa rolniczego, zakłady mechanizacji rolnictwa. Jak wiele osób zyskało dzięki temu pracę?

Dziś ferm futerkowych jest zdecydowanie więcej niż trzy, cztery lata temu. Szacuje się, że obecnie jest to ok. 1,2 tys. firm, z czego 750 to fermy zwierząt mięsożernych np. norek, a 98 proc. ferm należy wyłącznie do kapitału polskiego, sprawiając, że jest to jedna z najbardziej spolonizowanych gałęzi polskiej gospodarki.
Fermy futerkowe są mało wymagające i mogą powstać tam, gdzie są słabe gleby, fatalna sytuacja infrastrukturalna oraz logistyczna. Fermy potrzebują słomy, paszy – nawet dla zwierząt mięsożernych, usług stolarskich, budowlanych, chemicznych, farmaceutycznych, itp. – wszystkie te potrzeby zapewniają okoliczni przedsiębiorcy i drobni rolnicy. Rząd natomiast pracuje nad ustawą, która ma zakazać hodowli zwierząt futerkowych.

Norki to nasza specjalność
Hodowla zwierząt futerkowych ma w Polsce długą tradycję oraz duże znaczenie gospodarcze – podkreślają prof. dr hab. Grażyna Jeżewska-Witkowska oraz dr hab. Andrzej Jakubczak z Instytutu Biologicznych Podstaw Produkcji Zwierzęcej Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie. W makroskali stanowi znaczące źródło dochodów budżetowych naszego państwa. W indywidualnych przypadkach jest źródłem utrzymania całych rodzin prowadzących tę działalność, często od wielu pokoleń.
Gospodarstwa hodowlane w Polsce można klasyfikować na wiele sposobów (wg raportu PwC), ale najbardziej charakterystyczne są dwa typy gospodarstwa hodowlanego – poniżej 5000 liczby hodowanych zwierząt oraz powyżej.
Typowe małe gospodarstwo hoduje około 1300 zwierząt. Średnie roczne przychody takiego gospodarstwa w roku 2013 wyniosły ok. 630 tys. zł. Na małych fermach ponad 85 proc. hodowli stanowią norki, a pozostała lisy.
Drugim typem jest duże gospodarstwo, w którym hodowanych jest ponad 5000 zwierząt. Statystyczne duże gospodarstwo hoduje ok. 85 tys. zwierząt. Blisko 100 proc. hodowli to norki. Średnie roczne przychody takiego gospodarstwa w roku 2013 wyniosły ok 10 mln. zł.

Praca i współpraca
Fermy zwierząt futerkowych, podobnie zresztą, jak inne gospodarstwa zwierzęce, często stanowią jedyną alternatywę dla osób pozostających bez pracy, szczególnie z terenów wiejskich.
- Na fermach znajdują zatrudnienie osoby o niskich kwalifikacjach zawodowych, przez co branża stanowi istotne narzędzie w walce z bezrobociem strukturalnym. Co więcej, hodowle oferują również pracę sezonową podczas rozrodu, opieki nad przychówkiem lub w okresie obróbki skór. Blisko połowa ferm zwiększa zatrudnienie w sezonie. Daje to możliwość dodatkowego zarobku dla miejscowej ludności – zaznacza Szczepan Wójcik, prezes Instytut Gospodarki Rolnej i Fundacji Wsparcia Rolnika-Polska Ziemia.
Podkreśla, że w samym tylko woj. wielkopolskim zatrudnienie na fermach znajduje obecnie 4039 osób, w woj. zachodniopomorskim 1215, na Mazowszu 1072, w woj. pomorskim 1001. – Te liczby robią wrażenie, a należy zaznaczyć, że nie uwzględniają przedstawicieli branż kooperujących, których jest średnio pięć razy więcej w przypadku każdego wspomnianego obszaru – dodaje.
Jak mówią najnowsze dane z badania INSTIGOS z sierpnia tego roku, branża futerkowa daje zatrudnienie 13 tys. osób pracujących bezpośrednio przy hodowli zwierząt oraz kolejnym 40 tys. osób w branżach kooperujących – jak na przykład w firmach zajmujących się obróbką surowych skór, produkujących specjalistyczny sprzęt do hodowli, budowlanych, stolarskich, zakładów kuśnierskich, tartakach, ubojniach bydła, świń, drobiu, przetwórstwach rybnych – skąd pozyskuje się uboczne produkty pochodzenia zwierzęcego.

Wpływ na ekosystem gospodarczy
Jeszcze kilka lat temu – w liczbie ferm futerkowych przodowały dwa województwa – wielkopolskie i zachodniopomorskie. Dziś dołączyły do nich województwa – podkarpackie i pomorskie.
- Województwa nadbałtyckie wbrew pozorom nie są krainami miodem i mlekiem płynącymi. Oprócz kurortów typowo turystycznych nad morzem trudno doszukiwać się bogactwa w pozostałych częściach regionu. Widok zniszczonych budynków popegeerowskich i zaniedbanych bloków mieszkalnych nie są tu rzadkością – mówi Beata Jung, mieszkanka wsi niedaleko Szczecina, która 10 lat temu wyemigrowała za granicę. – O bezrobotnych ludziach z małych wsi, często popegeerowskich wszyscy zapomnieli. Z dnia na dzień musieli sobie radzić sami, tak jak moi rodzice. Na szczęście udało im się znaleźć pracę u miejscowego rolnika, który zajmował się hodowlą lisów. Nie umieli niczego innego, jak zajmować się zwierzętami. Pracowali tam przez wiele długich lat. Nie wybrzydzali i zatrudniliby się także, gdyby hodował świnie, kury czy jenoty, byleby tylko było za co żyć – podkreśla obawiając się, że historia znów może się powtórzyć, a o mieszkańcach wsi nikt nie będzie pamiętał.
– W wielu miejscach w kraju obecność hodowli zwierząt futerkowych jest jedyną możliwością uczciwego zarobkowania. Wiele hodowli umiejscowionych jest w najbiedniejszych regionach, jak choćby na Podlasiu czy Podkarpaciu. Faktem jest też, że hodowle znajdują się na terenach o najwyższym w kraju bezrobociu strukturalnym – podkreśla prezes IGR.
Sami hodowcy nie izolują się od lokalnej społeczności. W Maszkowie prywatny przedsiębiorca zajmujący się hodowlą norek wybudował całoroczne boisko do piłki nożnej ze sztuczną nawierzchnią. W Nowogardzie hodowcy norek przeznaczyli kilkaset tysięcy złotych na remont oddziału dziecięcego szpitala miejskiego. W Żdżarach firma produkująca karmę dla norek współfinansowała – razem z gminą i powiatem – remont drogi. Dziś mieszkańcy oprócz drogi mają wybudowany dodatkowo chodnik i ścieżkę rowerową.